Obok tej książki nie mogłam przejść obojętnie. Nikt nie potrafi mnie tak poruszyć jak Tillie Cole. I tak było również tym razem. Moje serce zostało złamane, a później zostało posklejane na nowo.
Śmierć Poppy, ukochanej starszej siostry, złamała serce Savannah. W dziewczynie zakorzenił się smutek, który pochłonął ją i zmienił. Cael cierpi po samobójstwie brata. Jest pełen gniewu i złości, bo nie potrafi zrozumieć, co go popchnęło do tego. Oboje głęboko przeżywają żałobę i nie potrafią zacząć żyć normalnie. Zostają więc zgłoszeni do eksperymentalnego programu radzenia sobie ze śmiercią bliskich. Czy oboje mogą pomóc sobie nawzajem?
Historia Savannah i Caela to opowieść o stracie, bólu, ogromnym żalu i tęsknocie tak wielkiej, że ma się wrażenie, że już nigdy nie zazna się szczęścia. To również ukłon dla wszystkich tych, którzy kochali i utracili kogoś bliskiego. Bo każdy z nas inaczej przetrawia żałobę i to jest naturalne.
„Tysiąc złamanych serc” to trudna książką. Myślę, że wielu czytelników odnajdzie w niej swego rodzaju pociechę. Bo śmierć otacza nas nieustannie. Ale w końcu po rozpaczy, przychodzi moment, kiedy odnajdujemy w sobie siłę i stawiamy czoła smutkowi i przepracowujemy ból.
Miłość nie umiera - jest wieczna. Odciska się w naszych duszach. Jest darem, którego nie odbiera nawet śmierć. Jeżeli ktoś kochał cię i odszedł, jego miłość nigdy nie zblaknie. Wypełni ci serce i załata luki wyrwane przez żal.
Podczas lektury historii Savannah i Caela wylałam wiele łez. Od początku nie mogłam się oderwać od tej książki, choć czytanie jej było bolesne. Tillie Cole zrzuca na swoich bohaterów wiele cierpienia i bólu, ale wszystko jest opisane w piękny, niezwykle poruszający sposób.
